Łatwo sobie wyobrazić dyskusję o wyższości pływaka nad kolarzem czy maratończykiem. Było ich tysiące, ale jedna, która odbyła się na przyjęciu zorganizowanym po morderczym 212 km biegu Oahu Perimeter Run, przeszła do legendy. W jej efekcie komandor John Collins, doprowadził do konfrontacji. 18.02.1978 roku o 7:00 rano, piętnastu śmiałków stanęło nad brzegiem oceanu. 11 godzin, 46 minut i 58 sekund później na metę dotarł Gordon Haller. Pierwszy Ironman w historii.


Choć pomysł na połączenie trzech dyscyplin, mających doprowadzić uczestników do ostateczności, nie był oryginalny, to Collins znalazł się we właściwym miejscu i czasie. Zbieg wielu okoliczności, takich jak talent do motywowania ludzi i lokalizacja na Hawajach – mających dla Amerykanów podświadomy, lecz szczególny status – miejsca klęski i przełamania, wywołał efekt śniegowej kuli. Collins wiedział jak zmusić uczestników do ponadludzkiego wysiłku. Słynne cytaty: „Wystrzelimy z działka o 7:00, wystartujemy czas, a ktokolwiek pojawi się na mecie, będzie nazwany „człowiekiem z żelaza“, czy „Płyń przez 2,4 mili! Pedałuj przez 112 mil! Biegnij 26,2 mil! Chełpij się przez całe życie!“, to mowy na miarę Braveharta czy generała Pattona. Pierwsze wzmianki o trójdyscyplinarnym ściganiu datowane są na lata 20. XX wieku. We Francji w okolicach La Rochelle (pamiętacie oblężęnie twierdzy przez czterech muszkieterów?) odbywały się zawody na dystansie 200 m/10 km/1200 m. Ówczesny „triathlon“ nie przetrwał próby czasu i w latach 30. zniknął z kalendarza imprez. 25.09.1974 w San Diego aż 46 osób wystartowało w zawodach inspirowanych przez Jacka Johnstone’a i Dona Shanahana. Dystansem do pokonania było 500 jardów/5 mil/6 mil. Z tego nie udałoby się stworzyć legendy. A Ironmanowi nie zaszkodziła ani zmiana miejsca organizacji, ani organizatora. Jednak legendy nie można wymyślić. Nie można jej ludziom wmówić. Ją trzeba uwolnić, a pierwszą, która udowodniła przed światem czym jest triumf silnej woli, była Julie Moss. Ta 23-letnia dziewczyna wystartowała bez specjalnych przygotowań. Uczestnictwo w zawodach miało być dla niej sposobem na zebranie materiałów do pracy naukowej, a mimo to prowadziła aż do dziesiątego kilometra przed metą. Tam ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Julie do mety na Ali’i Drive na Kailua-Kona dotarła odtrącając pomoc i czołgając się na czworakach. Odtąd oficjalnym leitmotifem Ironmana jest „Anything is possible“.


Kiedy w 1997 Sian Welch i Wendy Ingraham zbliżały eis do mety widać było, że ścigały się na całym dystansie do upadłego. Dosłownie. Ostatnie metry to ostateczny tryumf woli (i bez nazistowskich skojarzeń, proszę). Obie protagonistki do niebieskiego dywanu dotarły krytycznie wykończone. Nie miały sił by biec czy iść, a nawet stać. Upadając, wstrząsane potwornymi skurczami, zrywały się w paroksyzmie, żeby chwiejąc się i zataczając, zmierzać ku mecie. Wreszcie Ingraham pojęła, że najszybszym, w jej stanie sposobem na zwycięstwo, jest przedarcie się do mety na czworakach. Kiedy Sian Welch zrozumiała w czym rzecz, była już tylko druga. Jeszcze bardziej przejmująca jest historia Pauli Newby Frazier, która od ´86 wygrywała Ironmana. W 1995, biegnąc jak w malignie, najpierw zderzyła się z wolontariuszem serwującym napoje, a następnie ze „ścianą“, przy której tsunami wydaje się małą zmarszczką na oceanie. Ostatnie 500 metrów przeszła zataczając się, a niecałe 400 metrów przed metą została wyprzedzona przez swoją rywalkę – Smyres. Doprowadzona do ostateczności Paula Newby Frazier upadła i zaczeła zachowywać się irracjonalnie – zdjęła buty i skarpetki, by ostatecznie położyć się w rynsztoku. Indagowana odowiedziała bełkotliwie paramedykom: „Chyba nie umrę“, a po kwadransie pojenia, dyskusji i polewania wodą poprosiła, żeby zostawić ją samą i dać chwilę na odpoczynek. Wypowiedziała wtedy znamienne: „mam na to cały dzień“, co ostatecznie pokazało, że chce ten wyścig zakończyć na swoich warunkach. I dokonała tego we frenetycznym wrzasku kibiców. Czy to jej zwycięstwo czy klęska? Fenomen Ironmana objawia się nie tylko w słynnych pojedynkach Dave‘a Scotta i Marka Allena z 1989, czy dreszczowca z 2010, w którym główne role odegrali Chris Macca McCormac i Andreas Raelert. Jeśli na ponad 140 milach zawodnicy walczą łeb w łeb, żeby cały wyścig rozstrzygnąć na ostatnich trzech to śmiało możemy mówić o antycznym dramacie. O zwycięstwie decyduje głowa. I to ona wynagradza nas przed metą za pomocą endorfin, po których beznodzy wózkarze przetaczają się przez linię mety, oszołomieni sukcesem uczestnicy turlają się przez metę z uśmiechem na twarzy, przeskakują przez nią babcie, dziadkowie i szczęśliwi tatusiowie, a każdy z nich jest z żelaza.

Dodano: 2016-04-28

Autor: Tekst: Miłosz Kędracki, foto: Michael Rauschendorfer

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy