Po zebraniu doświadczeń związanych ze startami na dystansach olimpijskim i 1/4 IM przyszedł w tym roku czas aby podbić stawkę i zmierzyć się z dystansem 1/2 IM. A jeżeli „połówką” to gdzie jak nie w Gdyni, największej imprezie triathlonowej w Polsce i jednej z największych w Europie, która atmosferą i organizacją jak magnesem przyciąga triathlonistów z Polski i Europy. Prestiżowa licencja IRONMAN i możliwość zdobycia slotu na mistrzostwa świata dodatkowo pobudza wyobraźnię zawodników i każdy choć raz chce wziąć udział w tym trzydniowym święcie triathlonu. W roku do startu w zawodach na wszystkich dystansach zapisało się prawie 4 tysiące zawodników z czego ponad 2300 na dystans koronny 70.3.


Na tegorocznej edycji wprowadzono dużo zmian korzystnych zarówno dla zawodników jak i kibiców. Zupełnie przeorganizowano ułożenie całego miasteczka zawodów co dla zawodników zaowocowało znacznym skróceniem dobiegu z wody i powiększeniem strefy zmian a kibicom ułatwiło obserwowanie zawodów bo wyjazd i powrót z pętli kolarskiej oraz wybieg na trasę biegową znalazły się tuż obok siebie na skwerze Kościuszki. Meta zawodów przeniesiona została na plażę miejską, tuż obok miejsca startu, gdzie zbudowana została specjalna trybuna mogąca pomieścić 1,5 tysiąca widzów. Wytyczona została zupełnie nowa trasa kolarska przebiegająca przez Kaszuby i składająca się z jednej 90 km pętli. Trasa biegowa uległa najmniejszym zmianom. Wszystko zmiany prowadziły do tego aby rywalizacja była dynamiczniejsza a przez to ciekawsza ale też bezpieczna. Mimo, że start w Gdyni miał być moim debiutem to celem nie było tylko ukończenie zawodów, plan był bardziej ambitny i zakładał złamanie czasu 5 godzin. P


ływanie to moja najsłabsza dyscyplina więc nie ukrywam, że pływanie w morzu budziło we mnie największe obawy. Przygotowując się do startu nie raz rozmawiałem z uczestnikami poprzednich edycji zawodów i pytałem ich o tą kwestie otrzymując taką samą odpowiedź, żebym się nie martwił bo trasa wytyczona jest w zatoce gdzie morze jest spokojne. Być może zbyt dosłownie przyjąłem te wyjaśnienia a w przekonaniu, że będzie „spoko” utwierdził mnie jeszcze trening jaki zrobiłem sobie dzień przed zawodami w czasie którego nawet 200-300 m od brzegu morze faktycznie było spokojne. Ponieważ mój kraul pozostawia nadal wiele do życzenia zdecydował płynąć klasykiem, w którym czuję się nieporównanie mocniejszy. Żeby zmieścić się w założonym czasie 5 godzin etap pływacki planowałem pokonać w 33-34 minut. Takie czasy uzyskiwałem w czasie treningów na otwartych wodach a przecież na zawodach płynie się szybciej i po cichu liczyłem, że może jeszcze uda się urwać jakąś minutę. W dniu startu z perspektywy plaży oświetlonej porannym słońcem wiatr wydawał się ledwie zefirkiem a morze bajkowo łagodne. Trasa wytyczna przez boje zmierzała wprawdzie wprost w tarczę porannego słońca, ale wydawała się dobrze widoczna. Jednym słowem wszystko wskazywało, że ten etap nie powinien przysporzyć problemów. Tym bardziej, że w zawodach w Gdyni, jako jednych z nielicznych w Polsce, czas każdego zawodnika jest liczony netto. W praktyce oznacza to, że dopóki nie przekroczy linii startu to jego czas nie idzie nawet jeżeli padł już strzał i czołówka ruszyła. Można poczekać 30 sekund, nawet minutę i wejść do wody nawet ostatnim bez starty czasu i uniknąć w ten sposób „pralki” i płynąć spokojnie w swoim tempie. To bardzo duże ułatwienie dla tych, którzy w wodzie nie czują się pewnie. Ja też postanowiłem tak zrobić, na starcie puściłem przodem rekiny, delfiny i wszystkich innych, dla których woda jest żywiołem bardzie przyjaznym niż dla mnie, a dodatkowo jeszcze zająłem prawy skraj toru, po przeciwnej stronie niż boje, aby możliwie unikać wybijających z rytmu spotkań z kiepsko nawigującymi kraulistami oraz spiętrzeń na zwrotach.


Pierwsze 700 metrów wszystko szło zgodnie z planem, szybko złapałem dobry rytm i długi poślizg, zacząłem doganiać i wyprzedzać pierwszych konkurentów, ale w tym miejscu zaczęły się pierwsze problemy. Wpłynęliśmy w pasmo mocnego wiatru wiejącego z boku względem kierunku trasy. Morze wyraźnie zaczęło mocniej falować a fale zrobiły się krótsze, szybsze i wyższe. Często wiatr zrywał ich grzbiety i zalewał mi twarz przy wynurzeniach utrudniając oddychanie. Zacząłem tracić rytm a przez fale i oślepiające słońce tracić orientację gdzie mam płynąć. Zacząłem mieć wrażenie, że wiatr zaczyna mnie znosić na boje i jeżeli czegoś nie zrobię to wypadnę z trasy co pewnie skończyłoby się dyskwalifikacją. Zacząłem płynąć trochę na ukos, kompensując (jak mi się wydawało) spychanie przez wiatr, walka wydawała mi się trwać wiecznie, przez dłuższy czas nie widziałem czerwonej boi oznaczająca 1050 m, najdalej sięgający w morze, punkt trasy co zaczęło negatywnie wpływać na moją psyche tym bardziej, że czułem, że walka z falami i wiatrem zaczyna kosztować mnie coraz więcej sił. Zaczynałem poważnie zastanawiać się nad opcją z ratownikiem gdy nagle morze się uspokoiło a w oddali zobaczyłem podskakująca na falach czerwoną boję. Wrócił mi spokój, znowu złapałem rytm i zacząłem płyną spokojnie. Wiedziałem, że od tej boi jest tylko 100 m do następnej, po której trasa zakręca do brzegu, czyli będzie już z górki. Niestety optymizm był przedwczesny bo nie uwzględniał faktu, że drugi raz będę trzeba pokonać pasmo fal i silnego wiatru. Niestety tak byłem już pochłonięty myślami o strefie zmian, że to ponowne spotkanie z falami zupełnie wybiło mnie z rytmu. Pechowo przy jednym z wynurzeń wraz z powietrzem łyknąłem wodę, zakrztusiłem się, drugi oddech i powtórka, znowu wiatr wtłoczył mi wodę w otwarte usta. To kompletnie mnie wybiło, zacząłem kaszleć, nie mogłem złapać oddechu, trochę zacząłem panikować. Musiałem się zatrzymać i uspokoić ale wzburzone morze nie dawało chwili wytchnienia, nawet odwrócenie się na plecy niewiele pomogło. Stylem rozpaczliwym stanowiącym połączenie odkrytej żabki z kraulem ratowniczym zacząłem płynąc do najbliższej boi patrząc jednocześnie gdzie są najbliżsi ratownicy, zupełnie poważnie brałem pod rozwagę podniesienie ręki i wycofanie się z wyścigu. Na szczęście boja nie było daleko, chwyciłem się jej kurczowo i starłem się uspokoić oddech patrząc jednocześnie jak mijają mnie dziesiątki innych zawodników. W tej chwili było mi to zupełnie obojętne bo moim zmartwieniem było jeszcze jakieś 600 m, które miałem do pokonania, o miejsce będę martwił się później, jak stanę na suchym lądzie. Nie wiem ile wisiałem zakotwiczony do boi, minutę może półtorej. Gdy poczułem, że wraca mi oddech i puls w granice normy zacząłem ponownie płynąć. Na szczęście boja była na skraju tego pasa silnego wiatru więc im bardziej się od nie oddalałem tym płynęło się lepiej. Fala nadal była i jeszcze nigdy nie wychodziłem w żabce tak wysoko do zaczerpnięcia oddechu, praktycznie na w pełni wyprostowane ręce aby uniknąć kolejnego zachłyśnięcia się wodą. Kolejna czerwona boja to już zwrot w kierunku nadbrzeża, ostatnia prosta i już widać platformę do wyjścia z wody. Wchodzę po schodach na miękkich nogach ale szczęśliwy, że w końcu twardy grunt pod stopami.

Sprawdzam czas, wiedziałem, że ten etap zdecydowanie poszedł mi źle, ale nie spodziewałem się że aż tak. 43 minuty spędzone w wodzie praktycznie przekreśla moje szanse na wynik poniżej 5 godzin, założenia czasowe na pozostałe dwa etapy też były wyśrubowane (jak na moje możliwości) i raczej nie zdołam odrobić straconych 10 minut. Ale trudno, przede mną etap rowerowy, moja najmocniejsza strona, może zdarzy się cud. Pierwsze kilometry na to nie wskazują, jeszcze nie zdążyłem wyjechać z miasta a wiatr ponownie pokazał kto w tym dniu rozdaje karty. Chcą zrealizować założenia czasowe powinienem trasę rowerową pokonać ze średnią przynajmniej 34 km/h a tymczasem nie mogę przekroczyć nawet 30-tki. Fajnie się zapowiada. Jednak kilka szerokich alei szybko wyprowadza nas z miasta, kolejny skręt i wjeżdżamy w las który osłania od wiatru. Zaczyna się też najdłuższy podjazd na trasie, który pamiętam z profilu. To mój żywioł, lubię podjazdy bo na nich najbardziej zyskuje więc staram się wykorzystać ten atut. Tylko z tyłu głowy cichy głos podpowiada mi żeby nie przesadzić, to dopiero pierwsze kilometry z dziewięćdziesięciu jakie mamy do pokonania a przecież potem czeka jeszcze półmaraton. Jednak rower to mój żywioł więc cieszę się jazdą i trasą, która bardzo mi odpowiada swoim zróżnicowaniem. Ciągle coś się dzieje, podjazdy, potem szybkie zjazdy, zakręty, Do tego ciągle wyprzedzam innych, dziesiątki, setki rowerzystów a to podbudowuje ego, daje siły. Doganiam i wyprzedzam numery z wcześniejszych fal startowych, żółte, zielone a nawet niebieskie i czarne, które startowały półgodziny wcześniej. Pierwszy bufet na 20 km pojawił się nawet nie wiem kiedy, cisnę dalej, wyprzedzam, mijam drugi i trzeci bufet to oznacza, że mam za sobą już dwie trzecie trasy. Jeszcze 10 kilometrów i zacznie się szybki zjazd do Gdyni i finisz na ulicach. Czuję się bardzo dobrze więc cisnę, średnia przekroczyła 33 km/h, ale wiatr też nie odpuszcza, co chwile wieje z boku, z przodu, czasem w plecy, ale mam wrażenie, że bardzo rzadko. Wjeżdżamy do Gdyni zaczyna się ostatnia dycha po ulicach miasta. Nie ukrywam najmniej fajna, dużo zwrotów, dużo uwagi wymaga nawierzchnia, przejazdy przez tory, przebiegający przez trasę ludzie. A do tego wiatr nie odpuszczający ani na chwilę. Skwer Kościuszki, ostatnie metry po bruku i jestem na mecie po dwóch godzinach i czterdziestu minutach. Tym razem czuję satysfakcję bo wiem, że dobrze pojechałem i zrobiłem wszystko co w tym dniu mogłem. Później z wyników dowiedziałem się, że na rowerze awansowałem o ponad 900 pozycji!!! Pozostał jeszcze bieg, teraz tak naprawdę wszystko się okaże, czy zostawiłem sobie odpowiednią rezerwę.


To mój drugi półmaraton w tym roku z tym, że ten pierwszy pokonałem bez wcześniejszego pływania i jazdy na rowerze i jak pamiętam lekko nie było. Zaczynam zadziwiająco lekko, sprawdzam tempo i zwalniam bo tak radził mi trener. Ale biegnie mi się super, a tłumy kibiców zachęcają do wysiłku więc nie utrzymuje dyscypliny i przyspieszam. Mam wrażenie, że w tym tempie mogę spokojnie biec przez godzinę albo dłużej więc po co zwalniać. O naiwny, weryfikacja przyszła już na drugiej pętli, zmęczenie zaczęło dawać znać, do tego zza chmur wyszło słońce i zaczęło nieźle przypiekać. Na ostatnią pętlę wbiegłem już mocno zmęczony, niosła mnie bardziej głowa niż nogi, myślami byłem w jednym miejscu, przy tabliczce pokazującej skręt do mety, którą wcześniej mijałem już dwa razy. Wreszcie jest, pod nią opis „20,6 km” czyli do mety zostało 400 m. Wpadam na matę, ostatni zakręt i wyłania się ostatnia prosta w tunelu między dwoma trybunami pełnymi kibiców. Wszyscy głośno dopingują, bębnią o płyty barierek, gra głośna muzyka a spiker zagrzewa do ostatniego wysiłku. Czuję jak w nogi wstępują mi nowe siły, wydłużam krok, biegnie mi się lekko. Przekraczam linię mety 5 godzin i 15 minut później po tym jak ruszyłem z tej samej plaży na zmagania z Bałtykiem.


Do upragnionych pięciu godzin zabrakło więcej niż straciłem w wodzie, na pewno dołożył się do tego wiatr na rowerze i złe rozłożenie sił na biegu. Cóż to się nazywają ambiwalentne odczucia, z jednej strony się cieszę z ukończenia pierwszej w życiu „połówki” z drugie pozostaje niedosyt niezrealizowanego celu. Na pewno będę chciał tutaj jeszcze wrócić, z jednej strony aby wyrównać rachunki z drugiej dla klimatu zawodów.

Dodano: 2016-08-12

Autor: Tekst: Paweł Kisielewski

Tagi: triathlon

Reklama